To właśnie on jest zwycięzcą – Dwyane Wade

10 października 2017
62 Wyświetleń

13,7 sekund do końca meczu. Szarżującego pod koszem Wade’a próbuje powstrzymać Justise Winslow. Osiąga połowiczny sukces. “Flash” sugestywnie pada na parkiet, czego skutkiem odgwizdanie przez sędziów problematycznego faulu. Po meczu powie, że był to “gwizdek weterana”…

Jest 94 do 92, więc nikt nie może być niczego pewnym. Tak, musi to rzucić. Jeśli trafi, to najprawdopodobniej zapewni zwycięstwo swojemu nowemu zespołowi, pogrążając tym samym ekipę, w której spędził 13 lat. Piłka ląduje w jego dłoni. Chwila koncentracji, w której sekundy wloką się po hali American Airlines Arena jak swego czasu Sebastian Boenisch po skrzydle Bayeru Leverkusen. “Flash” naprawdę to robi? Dowali zespołowi, któremu poświęcił niemalże całą swoją karierę? Tak, to właśnie on jest dziś zwycięzcą. Bez problemu trafia oba rzuty, a charakterystyczny luz na jego twarzy nie znika nawet na moment. Ostatecznie Chicago Bulls wygrywają trzema punktami, choć nie był to najlepszy mecz D-Wade’a. Zdobył zaledwie 13 punktów, trafiając tylko 5 na 17 rzutów, dokładając do tego dorobku 7 zbiórek i 4 asysty. Trudno się jednak dziwić. To było przez lata jego królestwo, więc każdy krok na parkiecie musiał boleć. – Najgorszy mecz, jaki rozegrałem w życiu. Nie mogłem doczekać się, aż się skończy. To było po prostu dziwne – przyzna później.

Jego umowa z Chicago opiewa na 47,5 milionów dolarów. Przez lata jego kariery przez media przewijały się różne kluby, ale większość osób zdawała sobie sprawę, że jeśli miałby on zmienić kiedykolwiek zespół, to trafi właśnie do Byków. Chicago to w końcu jego dom, w którym urodził się i wychował. Po drodze zdążył odmówić Denver Nuggets, którzy oferowali mu aż 52 miliony dolarów. O zmianie barw klubowych mówił: – Jeśli nie jesteś w tym biznesie, to będzie dla ciebie trudne do zrozumienia. Zresztą, nawet nie chcę, żeby kibice to zrozumieli. Chcę, aby docenili to, co razem osiągnęliśmy. Chcę, żeby trzymali ze swoją drużyną, wspierali tych graczy, którzy dają z siebie wszystko. Wspierali przyszłość organizacji i byli wdzięczni, że wszystkim nam dane było przeżyć razem niesamowitą przygodę.

NAJLEPSZY I NAJBARDZIEJ NIEDOCENIANY

W znacznej mierze to dzięki niemu oraz Lebronowi Jamesowi i  Chrisowi Boshowi Miami sięgnęło po trzy tytuły mistrzowskie. Do klubu trafił w 2003 roku jako numer 5 draftu. Nie opuścił go nawet na moment, chociaż zespół przeżywał zarówno gwałtowne wzloty, jak i dramatyczne upadki. Jedno było niezmienne – forma “Flasha”. Przez te wszystkie lata zanotował w sezonach regularnych średnio 23,7 punktów, zaś w 2006 roku rozłożył ligę na łopatki, niemalże w pojedynkę wygrywając ligę dla Heat. Najlepszym dowodem na skalę tego osiągnięcia niech będzie fakt, iż został wybrany przez “Sports Illustrated” sportowcem roku. Przed nim tylko pięciu koszykarzy dostąpiło tego zaszczytu w całej historii tego bardzo renomowanego plebiscytu.

W 2012 i 2013, kiedy zespół ponownie był najlepszy w Stanach, świadomie usunął się odrobinę w cień, by mógł błyszczeć Lebron James. Dwyanowi tak bardzo zależało na tym, by zespół został wzmocniony, że zgodził się na obniżkę swojego wynagrodzenia, byle tylko mógł grać wspólnie ze wspomnianym Lebronem, a także piekielnie utalentowanym Chrisem Boshem. Lebron jest kapitalny, jasna sprawa. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że to nie on, a Dwyane zapisał się w historii klubu jako ten, który zdobył dla niego najwięcej punktów – 55, przechwytów, asyst, a także rozegrał największą ilość meczów – 855.

W pierwszej połowie 2015 roku miało miejsce wydarzenie, które najlepiej uzmysławia jak mocnym gościem jest Dwyane Wade. Tuż przed meczem pomiędzy Miami Heat, a Toronto Rapors zawodnik rozgrzewał się rzucając piłkę do kosza. Nie przerwał tego nawet wtedy, kiedy wokalistka zaczęła śpiewać hymn Kanady. Kanadyjczycy byli tym faktem oburzeni. – Przepraszam, jeśli kogoś uraziłem. Mam duży szacunek do Kanady i Toronto Raptors. Po prostu rozgrzewam się w ten sposób przed każdym meczem od początku mojej kariery. Rozumiem, o co chodzi. Nie jestem osobą, która demonstruje brak szacunku do innych. Jeśli ktoś uważa, ze taki jestem, to mnie nie zna – wyjaśniał. Jak się okazało, zawodnik nigdy nie ustawia się do hymnu, dopóty dopóki nie trafi ostatniego ze swoich treningowych rzutów. Zazwyczaj ceremoniały przed hymnem trwają dłużej, więc koszykarz ma sporo czasu, by zakończyć swoją standardową rozgrzewkę. Tym razem tak nie było, ale nawet hymn nie powstrzymał Wade’a. On musi zawsze trafiać i nie podda się, dopóki tego nie uczyni.  Przed kolejnym meczem zmienił swój obyczaj, by znów kogoś nie urazić. Był wtedy jednym z pierwszych, który ustawił się do hymnu. Później zrobił swoje – rzucił 30 punktów i poprowadził Heat do zwycięstwa.

ZŁOTY CHŁOPAK ZE ZŁEGO ŚWIATA

Życie Dwyane’a to idealna historia na amerykański wyciskacz łez. Jego mama była narkomanką, którą stoczyła się do tego stopnia, że testowano na niej nowe substancje, które miały być później wypuszczane na narkotykowy rynek. Jak sam przyznawał nigdy nie zaznał czułości, miłości i ciepła domowego ogniska. Zamiast tego mierzyć się musiał ze skrajną biedą i niebezpieczeństwami życia w murzyńskim getcie. Gdy Jolinda Wade trafiła do więzienia, to  jej syn, który po latach stanie się gigantyczną gwiazdą koszykówki, miał zaledwie sześć lat. Wtedy opiekę nad nim zaczęła sprawować pięć lat starsza siostra. Do momentu, kiedy uznała, że czas w końcu coś zmienić. Pewnego dnia zostawiła chłopca przed drzwiami mieszkania jego ojca, który od lat układał swoje życie z inną kobietą. Mężczyzna przyjął swojego syna i to zdarzenie najprawdopodobniej zaważyło na tym, iż udało mu zmienić kod swojej historii. To wtedy zaczął podążać w stronę zwycięstwa.

Pierwszą rozmową z matką od czasu zamieszkania z ojcem odbył przez telefon. Zadzwoniła do niego z więzienia, gdzie spędziła 23 miesiące. Po roku Wade Senior wraz z Dwyanem oraz jego przyrodnimi braćmi przeprowadzili się do innej, dużo spokojniejszej miejscówki. Tam też chłopak zaczął grać w kosza, a także poznał Siohvaughn, z którą po latach wziął ślub i dzielił wspólne życie do 2007 roku. Jolinda jeszcze wielokrotnie trafiała do więzienia lub skutecznie ukrywała się przed wymiarem sprawiedliwości. Ostatecznie, po latach, udało jej się zerwać z nałogiem, co zawdzięcza podobno Biblii. Ba! Została nawet kaznodzieją w jednej z parafii. Dumny Dwyane bywa na jej kazaniach, gdy tylko pozwala mu na to czas.

Ostatni rok na studiach Wade’a to pasmo kłopotów. Już wtedy uznawany był za jednego z najlepszych zawodników staniu Illinois, ale czegoś w nim brakowało. Na pewno mocno zależało mu na tym, by w parze z koszykówką szła także nauka. Zabrakło mu jednak zaledwie jednego punktu, by zdać egzamin ATC. Tym samym skazał się na wybór przeciętnej uczelni, a drzwi do tych najlepszych zostały przed nim szczelnie zamknięte. Tęsknił wtedy mocno za swoją dziewczyną, która kończyła dodatkowy rok studiów w innym mieście. Chłopak nie mógł używać w domu telefonu, więc jedyną okazją, by porozmawiać z wybranką serca były wizyty w domu jej matki, gdzie mógł swobodnie telefonować do  Siohvaughn.

Ostatecznie wybrał collage w Marquette. Niestety, jako pierwszoroczniak zmuszony był przesiedzieć pierwszy sezon na ławce rezerwowych. Jasne, trenował z zespołem i brał udział w meczach, ale tylko wtedy, gdy jego zespół był gospodarzem. Później wyjechał do Włoch, by doskonalić swoje umiejętności. Wtedy też dowiedział się, że został ojcem, co spowodowało, że podwoił liczbę treningów, aby tylko zacząć na koszykówce zarabiać pieniądze. Udało się – w 2003 roku był numerem 5 w drafcie. Tuż za Jamesem, Milicicem, Anthonym i Boshem. Pierwszy sezon zakończył ze średnią punktową na poziomie 16,2 na mecz. Już wtedy stało się jasne, że za jakiś czas wciągnie tę ligę nosem. Dalszą historię już znacie.

TAKIE GWIAZDY NIE GASNĄ

Na koniec jego przygody z Heat poszło o kasę. Legenda klubu chciała podpisać kontrakt na około 50 milionów. Miami oferowali 40 za dwa lata gry, a Pat Riley był w tej kwestii nieugięty. Wade poczuł się wtedy tak, jakby dostał strzała prosto między oczy, czego zresztą nie ukrywał. „Myślałem, że będę tam na zawsze, ale shit happens… a kiedy takie rzeczy się dzieją, to po prostu mierzysz się z tym i działasz. Bardzo szybko pojąłem, że to jest biznes”. O co chodzi z tym biznesem? Wade to gracz często odnoszący kontuzje, 35 – letni i wciąż mający spore wymagania finansowe. Mimo to, że jest legendą, która nie przestaje błyszczeć, to pomału stawał się ciężarem dla Rileya. Wizja pozbycia się drogiego w utrzymaniu gracza oznaczałaby, że już latem 2017 roku  mógł on sięgnąć po któregoś z gwiazdorów z rynku wolnych agentów. Ponadto wydaje się, że zaraz odpadnie mu z listy płac ciężko chory Chris Bosh, co sprawia, że zespół może zostać mocno przebudowany. Już teraz zaczyna się mówić coraz głośniejszym szeptem o Russelu Westbrooku oraz paru innych gwiazdach…

Niechciany Wade postanowił więc ulec namowom płynącym z Chicago. Na stare lata wrócił więc do domu, by pomóc przywrócić blask przeciętnym obecnie Bykom. Dość powiedzieć, że w ostatnim sezonie zajęli oni 9 miejsce w Konferencji Wschodniej. Teraz ratować ma ich Wade, Rondo i Butler. Zarządzać nimi ma młody trener Fred Hoiberg. Z pomocą na samym początku współpracy przyszedł mu Dwyane, który w jednym z pierwszych udzielonych wywiadów po przeprowadzce poinformował, że trafił do zespołu Butlera i jest to dla niego zupełnie naturalne – Pamiętam podobną sytuację, gdy grałem w Miami Heat i dołączał do nas Shaquille O’Neal. On wtedy powiedział, że nie możemy gadać o tym cały rok i od razu wyjaśnił, że to drużyna Wade’a. Teraz ja chcę zrobić to samo. Bulls to drużyna Butlera, ja i Rondo przyszliśmy tu pomóc – powiedział.

Jeszcze przed jego oficjalnym debiutem w nowym zespole na zawodnika spadła rodzinna tragedia. Nie po raz pierwszy zresztą. Jego kuzynka przypadkiem znalazła się w samym centrum strzelaniny. Kobieta wracała z jednego z chicagowskich przedszkoli,  do którego zapisywała swoje dzieci. Kule trafiły ją w głowę. Zmarła na oczach swojego potomstwa, które wyszło ze zdarzenia bez szwanku.

Dwyane bardzo to przeżył, jednakże znów udowodnił jak wielkim jest profesjonalistą. W swoim oficjalnym debiucie był skoncentrowany już tylko na koszykówce. 26,3 sekundy przed końcową syreną oddał celny rzut za trzy punkty, pieczętując minimalną wygraną zespołu. Wtedy też wykonał gest podcinania gardła, za który to otrzymał karę od władz ligi opiewającą na 25 tysi dolarów. Później wyjaśnił, że gest miał symbolizować nie tylko wykończenie rywala, ale i rozpoczęcie nowego etapu w życiu.

Pierwsze jego trzy mecze w Chicago skończyły się dla klubu osiągnięciem najlepszego startu od sezonu 1996/97, a jego współpraca z Butlerem układała się rewelacyjnie. Doszło nawet do kuriozalnej sytuacji, kiedy kibice Byków gwizdali, kiedy Dwyane… oddawał piłkę kolegom. Błyskawicznie zyskał uznanie kibiców mądrą grę i efektownością zgrabnie wymieszaną z efektywnością. Później przyszły trochę gorsze mecze, a jednego jesteśmy pewni. Wade będzie pływał na powierzchni. Ten gość ma w sobie gen zwycięzcy.

Kiedy zaś przyjdzie już moment na zakończenie kariery, szybko o nim nie zapomnimy. – Chcę być człowiekiem renesansu i robić wszystko. Na razie jestem zawodnikiem, ale gdy zakończę karierę, a kiedyś nadejdzie taki dzień, zamierzam zostać właścicielem jednego z klubów NBA. Jestem tego pewien – powiedział w jednym z wywiadów.

Spoko Dwyane.

Czekamy.

Paweł Drąg

Wystaw komentarz