L-KARNITYNA: od anabolika do spalacza, od spalacza do anabolika

8 grudnia 2016
350 Wyświetleń

L-karnitynę znamy chyba wszyscy…; znamy ją głównie jako spalacz tłuszczu. Niewielu chyba jednak słyszało o tym, że jest ona jednocześnie anabolikiem, bo z takich właściwości słynie przede wszystkim kreatyna. Trzeba więc widzieć, że L-karnitynę wcześniej wykorzystywano jako anabolik niż jako spalacz tłuszczu. A że potem sława spalacza przyćmiła jej pierwotne zastosowania, dlatego warto dzisiaj o tej kwestii przypomnieć, przywołując przy tym najnowsze badania dowodzące  anabolicznej aktywności L-karnityny. 

Anabolik po raz pierwszy 

W 1973 roku Engel i Angelini opublikowali po raz pierwszy wyniki badań dotyczących niedoborów L-karnityny w ludzkim organizmie. Wewnątrzustrojowa synteza tego związku jest mało wydajna, więc musi on być uzupełniany z diety. L-karnityna powstaje z lizyny, więc ważny jest udział również i tego aminokwasu w diecie. Na niedobory narażone są szczególnie wcześniaki i niemowlaki, żywione mieszankami zastępczymi, gdyż organizm uzyskuje pełną sprawność syntezy L-karnityny po ukończeniu pierwszego roku życia, a w pierwszych miesiącach rozwoju noworodka głównym jej źródłem pozostaje mleko matki (obecnie mieszanki zastępcze rutynowo wzbogacane są L-karnityną). Niedobory pojawiają się również na skutek defektów genetycznych (niedostatku białek zawiadujących jej transportem), niewłaściwego żywienia (np. u wegetarianów), żywienia pozajelitowego lub eliminacyjnego w niektórych chorobach (np. fenyloketonurii), w przebiegu niektórych chorób (np. cukrzycy) i procesów starzenia się organizmu, w efekcie przewlekłych biegunek i stosowania niektórych leków (np. przeciwtrądzikowej isotretinoiny) oraz u chorych poddawanych dializoterapii.


Niedobór odbija się przede wszystkim na tkance mięśniowej. Nic w tym dziwnego, skoro organizm dorosłego człowieka zawiera ok. 20 g L-karnityny, z czego 98% gromadzi się w mięśniach. Niedobór L-karnityny prowadzi do miopatii, czyli choroby mięśni, objawiającej się ich osłabieniem i zanikiem. Zanik dotyka tutaj głównie włókien szybkokurczliwych typu IIA, odpowiadających w największej mierze za masę naszych mięśni. 

A kiedy już ustalono wszystkie te fakty, na rynku farmaceutycznym pojawiła się L-karnityna, jako środek anaboliczny, przeznaczony głównie do leczenia niektórych postaci miopatii i postępowania substytucyjnego w dializoterapii, wspomagający rozwój fizyczny wcześniaków i niemowląt, poprawiający wykorzystanie białek i przyrost masy ciała u niedożywionych dzieci, polecany również w geriatrii, w celu spowolnienia postępu sarkopenii – związanego z wiekiem osłabienia mięśni i ubytku ich masy.

Przedstawiony wyżej zakres wskazań do stosowania tej substancji ugruntowano oczywiście badaniami – np. takimi, w których podawanie dializowanym chorym 2-4 g L-karnityny przez okres 6-12 miesięcy prowadziło do średnio 7-procentowego przyrostu masy tkanki mięśniowej (Sapagnoli – 1990, Giovenali – 1994). 

Spalacz tłuszczu 

W 1957 roku Fritz wykazał w badaniach prowadzonych z użyciem izolowanych komórek wątrobowych, że L-karnityna jest niezbędna do spalania kwasów tłuszczowych. Wtedy też Fraenkel i Friedman postulowali, że związek ten odgrywa znaczącą rolę w metabolizmie lipidów. W 1962. Muller i Kraake potwierdzili tę hipotezę, w badaniach na żywym organizmie i z wykorzystaniem poszczególnych kwasów tłuszczowych. Dzięki pracy Bremera z 1962. i Yue z 1963. dowiedzieliśmy się więcej szczegółów, a wszystko to podsumował Olson w 1966 roku: L-karnityna wiąże kwasy tłuszczowe i wprowadza je w procesy spalania przebiegające w mitochondriach i peroksysomach. Ostatecznie więc:

bez udziału L-karnityny spalanie tłuszczu jest niemożliwe. 


Po ustaleniu tych faktów wielu zaczęło myśleć o poza stricte medycznych zastosowaniach dla L-karnityny. Najpierw nie chodziło nawet o wspomaganie redukcji wagi, ale zdolności wysiłkowych w dyscyplinach wytrzymałościowych. Podczas długich wysiłków mięśnie szkieletowe i mięsień sercowy czerpią bowiem energię pochodzącą głównie ze spalania tłuszczu, więc zażywanie L-karnityny, co logiczne, powinno wpływać tu ewidentnie na poprawę zdolności wysiłkowych. I wprawdzie zalecenia do stosowania tej substancji przy redukcji tkanki tłuszczowej opierały się najpierw tylko na przesłankach czysto teoretycznych, to właśnie w badaniach z udziałem sportowców potwierdzono bodaj po raz pierwszy odtłuszczające właściwości L-karnityny w odniesieniu do ludzi. Niełatwo dotrzeć do pełnych tekstów oryginalnych prac z lat 80. i 90., niemniej płynące z nich wnioski przewijają się w niektórych opracowaniach. W literaturze polskojęzycznej zestawił je Zbigniew Bendkowski w 1997 roku: podawanie L-karnityny sportowcom miało zwiększać ich wydolność tlenową i zdolność do wysiłku submaksymalnego oraz oszczędzać glikogen mięśniowy podczas długotrwałej pracy fizycznej. Bentkowski wspomina też badanie, w którym trzymiesięczne podawanie L-karnityny sportowcom doprowadziło do znacznej redukcji tkanki tłuszczowej, pozostając bez wpływu na spadek ogólnej wagi ciała. Potem pojawiło się jeszcze kilka prac, dowodzących odtłuszczającej aktywności L-karnityny, dla którego to powodu do substancji tej przylgnęła etykietka „spalacza tłuszczu”. Aby nie pozostać gołosłownym, przytoczę może jedynie najświeższe badanie tej kwestii… 

Stephens podawał w 2013 roku 12 trenującym rekreacyjnie atletom dwa razy dziennie – albo 80 g węglowodanów, albo 80 g węglowodanów plus 2 g winianu L-karnityny. Po zakończeniu 12-tygodniowego eksperymentu okazało się, że atleci z grupy węglowodanowej przybrali średnio 1.8 kg tłuszczu, a utracili 200 g beztłuszczowej masy ciała, czyli głównie tkanki mięśniowej. Natomiast w grupie węglowodanowo-karnitynowej waga tłuszczu ani drgnęła w górę, za to masa mięśniowa wzrosła średnio o 400 gramów. Różnice w gromadzeniu tkanki tłuszczowej wynikały z faktu, że suplementacja L-karnityny, jak zaobserwowali badacze, zwiększa poziom wydatkowania energii i tempo spalania kwasów tłuszczowych. Wniosek z tego prosty:

suplementacja L-karnityny hamuje proces gromadzenia tłuszczu w przypadku wysokokalorycznego żywienia bogatowęglowodanowego. 

Anabolik po raz drugi 

Już zarówno z pracy cytowanej przez Zbigniewa Bentkowskiego, jak też przeze mnie, możemy wysnuć wniosek, że L-karnityna nie tylko spala tłuszcz, ale działa też anabolicznie. Jest to o tyle ciekawe spostrzeżenie, że wcześniej poruszana kwestia anabolicznej aktywności L-karnityny dotyczyła głównie stanów jej niedoboru, więc trudno było ją dokładnie przełożyć na inne sytuacje, takie jak chociażby wspomaganie rozwoju masy i siły mięśni u sportowców. Powstrzymajmy jednak na chwilę emocje i powróćmy do samych korzeni, gdyż

informacje o anabolicznej aktywności L-karnityny pojawiały się już u samej kolebki prac nad tą substancją… 

L-karnitynę odkrył Gulewitsch do spółki z Krimbergiem, izolując ją w 1905 roku z wyciągu mięsnego Liebiga. Wprawdzie ekstrakt ten otrzymał ostatecznie nazwę od naukowca, który opracował w 1857 roku racjonalną metodę jego otrzymywania, to jednak jego prawdziwymi twórcami z początków dziewiętnastego stulecia byli: Proust i Parmentiera. Zasługa Liebiga polegała jednak tu jeszcze na tym, że możliwie drobiazgowo, jak na tamte czasy, przeanalizował skład wyciągu mięsnego w 1847 roku, ustalając obecność wielu ważnych substancji, w tym wyodrębnionej w 1832. przez Chevereula z wołowiny – kreatyny. Dlatego też  zarówno

nazwa kreatyny, jak i karnityny, pochodzi od tego samego słowa – „mięso”, tyle że – albo w wersji grecko-, albo łacińskojęzycznej: „kreas”, „carnis”.

Przez ponad jedno stulecie, bo jeszcze do połowy XX w., wyciąg mięsny był tak samo atrakcyjną przyprawą kuchenną, jak cennym środkiem leczniczym, stosowanym w przypadkach osłabienia i niedożywienia oraz w chorobach mięśni. W „Farmakologii” Supniewskiego z 1954 roku możemy na ten temat przeczytać: „Wyciągi mięsne […] działają leczniczo w schorzeniach mięśniowych”. I chociaż Supniewski uważał, że chodzi tu głównie o kreatynę, to my dzisiaj – uzbrojeni w późniejszą wiedzę – mamy prawo podejrzewać, że L-karnityna była tutaj co najmniej tak samo aktywna. A to chociażby i z tego powodu, że niestabilna kreatyna występuje w wyciągach mięsnych głównie w formie mało aktywnej kreatyniny. Z podobnego założenia wyszli zresztą Gulewitsch i Krimberg… Chemicy ci chcieli wyjaśnić: który konkretnie składnik wyciągu mięsnego odpowiada za jego aktywność leczniczą. Najpierw podawali pacjentom każdy jeden z osobna, potem wszystkie naraz, i niestety – nie zaobserwowali wyraźnej poprawy. Ponieważ jednak cały ekstrakt wyraźnie działał, doszli do przekonania, że musi być w nim jeszcze coś, czego Liebig nie zauważył. Faktycznie: w wyciągu znaleźli jeszcze jedną substancję aktywną, przeoczoną przez Liebiga, którą nazwali karnityną, jak już wiemy, od łacińskiego słowa „carnis” – „mięso”.

Odkrycie Gulewitscha i Krimberga całkowicie zignorowano i szybko o nim zapomniano. Kiedy jednak w 1912 roku Kazimierz Funk wyodrębnił z otrąb ryżowych pierwszą witaminę – tiaminę (B1) – światową biochemię ogarnęła histeria poszukiwania kolejnych witamin. W przeciągu następnych kilkudziesięciu lat odkryto wszystkie tego typu związki, akceptowane dotąd przez współczesną naukę. Niemniej, w tamtych burzliwych latach rozwoju witaminologii, badacze wpadali na ślady rozmaitych substancji skreślanych potem z listy witamin, a niekiedy nawet dokładnie niezidentyfikowanych.

Goetscha zafascynowały np. zwyczaje żywieniowe termitów… Jak ustalił nasz niestrudzony badacz: owady te, oprócz podstawowego menu – drewna, pałaszują dodatkowo specjalnie hodowane przez siebie w tym celu drożdże, traktując je jako rodzaj suplementu diety. Autor opisał w 1945 roku cały ten fenomen, dowodząc, że termity znajdują w grzybach pewien unikalny czynnik, nazywany przez jego odkrywcę torulityną lub witaminą T (od nazwy gatunku drożdży: Torula), który oddziałuje również na zwierzęta wyższe i ludzi, powodując wzmożone wchłanianie białek i odkładanie ich w tkankach, co dzisiaj nazywamy po prostu aktywnością anaboliczną. Odkrywca ustalił, że nowy czynnik jest biologicznie pokrewny zespołowi witamin B, z uwagi na rozpuszczalność w wodzie i udział w przemianach metabolicznych, chociaż chemicznie jego cząsteczki są bardziej zbliżone do aminokwasów. Nową witaminę zastosowano z dobrymi rezultatami u dystroficznych osesków, noworodków z niedowagą i niedożywionych dzieci, a także u dorosłych – w miastenii (osłabieniu mięśni), w leczeniu rozległych oparzeń i uszkodzeń ciała oraz wyniszczenia mięśni związanego z przebiegiem gruźlicy.     

Czy to inspirowani pracami Goetscha, czy przez czysty przypadek, w 1947 dwaj biochemicy – Fraenkel i Blewatt – badali potrzeby żywieniowe innego drobnego inwentarza – robaków mącznych. W wyniku swoich prac ustalili, że pożywka tych szkodników, poza znanymi już witaminami z grupy B, musi zawierać substancję występującą w przesączu ekstraktu z drożdży. Odkrywcy nazwali ten związek witaminą BT, tyle że dodatkowy znacznik „T” pochodził tutaj od systematycznej nazwy robaka mącznego: Tenebrio molitor. I dopiero pięć lat później, w 1952 roku, Carter ostatecznie ustalił, że ową tajemniczą, „grzybową witaminą” (BT i najprawdopodobniej też T) jest nie inna substancja, jak – odkryta już w 1905 przez Gulewitscha i Krimberga – karnityna. 

Ale jedna informacja, pochodząca z wczesnego okresu prac na karnityną, wydaje się w dzisiejszym kontekście szczególnie frapująca: otóż podawanie bardzo wysokich dawek torulityny (zapewne w celu określenia jej ewentualnej toksyczności) oseskom zwierząt doświadczalnych w okresie ssania prowadziło do rozwoju olbrzymich rozmiarów ciała u przychówku, co wskazywało na aktywność naśladującą działanie hormonu wzrostu (GH). Do domniemanych mechanizmów takiej aktywności L-karnityny jeszcze powrócę, natomiast w tym miejscu samo narzuca się pytanie: dlaczego „nie pociągnięto tematu” i nie próbowano wykorzystać tych doświadczeń w hodowli czy sporcie…? (Naukowcy pracujący na potrzeby gospodarki hodowlanej powrócili do tych zagadnień po latach, ale o tym – za chwilę…) Odpowiedź wydaje się prosta: błyskawicznie o sprawie zapomniano, gdyż dosłownie kilka lat później pojawiły się hormony steroidowe i ich pochodne, które na kilka dekad zawładnęły świadomością hodowców i sportowców, i niemal całym rynkiem (legalnym i podziemnym) środków anabolicznych.  

Mechanizmy i hormony 

Już w latach 90. znaliśmy większość mechanizmów metabolicznej aktywności L-karnityny. Związek ten przede wszystkim, jak już wiemy, zawiaduje transportem kwasów tłuszczowych w kierunku procesów spalania, ale bierze również udział w metabolizmie aminokwasów oraz produkcji acetylocholiny i stabilizuje błony biologiczne. Wszystko to może mieć znaczenie dla przebiegu procesów anabolicznych, gdyż sprawne spalanie kwasów tłuszczowych dostarcza największych porcji stymulującego syntezę białek ATP, metabolizm aminokwasów jest ważnym ogniwem hipertrofii mięśni w odpowiedzi na przeciążenie mechaniczne, acetylocholina przekłada bodźce nerwowe na skurcze miofibryli, zaś stabilizacja błon biologicznych chroni włókna mięśniowe przez destrukcją. Kwasy tłuszczowe gromadzące się w tkankach nie wyspecjalizowanych (tak jak tkanka tłuszczowa) w ich magazynowaniu są toksyczne dla komórek tych tkanek, co nazywamy naukowo: lipotoksycznością. A ponieważ ta sama zasada tyczy się włókien mięśniowych, m.in. dlatego niedobór L-karnityny prowadzi do zaniku mięśni. L-karnityna, wiążąc kwasy tłuszczowe, nie tylko wprowadza je potem w procesy spalania, ale w międzyczasie pozbawia je też toksyczności. Czy jednak wszystko to tłumaczy dostatecznie aż tak silną aktywność anaboliczną L-karnityny, jak chociażby obserwowana w odniesieniu do zwierzęcych osesków…?

Wydaje się, że ustalona w ubiegłym wieku rola L-karnityny w procesach życiowych – to jedynie „wierzchołek góry lodowej”. Dzięki nowym badaniom poznajemy kolejne mechanizmy, tak samo zresztą, jak w przypadku wspominanej już wyżej kreatyny, znanej długo jedynie ze zdolności do rozwożenia po komórce ATP. Dlatego proponuję przyjrzeć się teraz bliżej relacjom zachodzącym pomiędzy L-karnityną a hormonami anabolicznymi i katabolicznymi, gdyż to pomoże nam nieco pełniej zrozumieć i właściwie ocenić anaboliczny potencjał tej niezwykle ciekawej substancji, najczęściej nie docenianej jeszcze przez sportowców jako środek wspomagający rozwój muskulatury. 

Zacznijmy może od relacji L-karnityny z anabolicznym testosteronem i jego antagonistą – katabolicznym kortyzolem, gdyż oba te hormony bodaj najbardziej rozpalają wyobraźnię atletów… 

A na początek – ważna informacja: testosteron pobudza produkcję L-karnityny, tak samo zresztą, jak wspominanej tutaj kilkakrotnie kreatyny. Jak ustalił Bohmer już w 1977 roku: podawanie testosteronu prowadzi do wzrostu poziomu L-karnityny w sposób liniowy;

im większa dawka testosteronu – tym większe stężenie L-karnityny.

To w sposób oczywisty dowodzi, że testosteron potrzebuje tej substancji do swojej akcji anabolicznej. Ale zależność ta jest ewidentnie obustronna, gdyż również podawanie L-karnityny prowadzi do wzrostu poziomu testosteronu. Efektu tego dowodzono wielokrotnie, zarówno na zwierzęcym modelu badawczym (Bidzińska – 1993, Shaat – 2006, Mohamed – 2009, Abo-Ghanema – 2012, Ghanbarzadeh – 2013, Salama – 2013), jak również w badaniach z udziałem ochotników. Przyjrzyjmy się bliżej może jedynie tym ostatnim, a szczególnie jednemu z nich – bodaj najciekawszemu, gdyż przeprowadzonemu z udziałem trenujących siłowo atletów: 

W 2006 roku Kraemer podawał codziennie młodym, ćwiczącym rekreacyjnie siłaczom – albo 2 g L-karnityny w postaci winianu, albo placebo. Po trzech tygodniach suplementacji, w porównaniu z grupą placebo, poziom testosteronu w grupie karnitynowej był wyższy przed treningiem średnio o 4, zaś po treningu – o 5 procent, natomiast poziom kortyzolu – niższy przed treningiem o 6, zaś po treningu – o 7 procent. (Spadek poziomu kortyzolu u ludzi po suplementacji L-karnityny w postaci acetylo-L-karnityny w badaniach z udziałem starszych wiekowo ochotników obserwowali też: Parnetii w 1990, Gecele w 1991 i Bruno w 1995 roku.)

To jednak jeszcze nie koniec, a właściwie teraz zaczyna się najciekawsze… Po trzech tygodniach suplementacji – mięśnie atletów z grupy karnitynowej, w porównaniu z grupą placebo, zawierały o ok. 25% więcej receptorów androgenowych, których stężenie wzrastało o kolejne ok. 25% po treningu i następującym bezpośrednio po nim, płynnym posiłku regeneracyjnym. A nie potrzeba chyba przypominać, że za aktywność testosteronu i jego pochodnych – steroidów anaboliczno-androgennych – odpowiadają receptory androgenowe; im więcej więc tych białek w mięśniach – tym szybszy rozwój i większe rozmiary muskułów. 

Jeszcze jedno badanie wygląda niezwykle ciekawie, kiedy mówimy o relacjach pomiędzy L-karnityną a testosteronem… Cavallini podzielił w 2004 roku 120 starszych mężczyzn (średnia wieku: 66 lat) na 3 grupy, gdzie pierwsza grupa otrzymywała codziennie przez 6 miesięcy skrobię jako placebo, druga – 160 mg undekanianu testosteronu, zaś trzecia – 4 g L-karnityny w postaci mieszanki propionylo- i acetylo-L-karnityny. Podawanie placebo okazało się oczywiście nieskuteczne, natomiast zarówno testosteron, jak również L-karnityna, znacząco poprawiały funkcje seksualne, samopoczucie i wytrzymałość starszych panów, z tym że L-karnityna oddziaływała znacznie silniej na parametry erekcji.

Należy jedynie ubolewać, że nie wykonano tu przy okazji pomiaru składu ciała. Niemniej możemy podejrzewać, że – skoro

L-karnityna zachowuje się generalnie jak mimetyk (naśladowca) testosteronu –


naśladownictwo to obejmuje również i tkankę mięśniową… 

Niezwykle ciekawe relacje pomiędzy L-karnityną a kortyzolem obserwowali Alesci i Manoli, publikując wyniki swych prac w 2004 roku. W efekcie tych badań okazało się, że L-karnityna, jak to ujęli autorzy, jest modulatorem receptora glikokortykosteroidowego (GR). Z jednej strony blokuje bowiem wiązanie pochodnych kortyzolu z jego receptorami, z drugiej zaś sama wiąże te receptory, a efekt wiązania jest tutaj zależny od tkanki. W komórkach układu odpornościowego L-karnityna zwiększa np. aktywność transkrypcyjną GR, czyli działa podobnie do kortyzolu, natomiast w komórkach kości prawdopodobnie ją hamuje, gdyż – w przeciwieństwie do kortyzolu obniżającego masę kostną – wpływa pozytywnie na konstytucję tkanki kostnej. I wprawdzie autorzy nie badali tutaj zachowania L-karnityny względem GR komórek mięśni, to jednak doświadczenia pokazują, że specyfika reakcji receptorów steroidowych kości i mięśni jest taka sama, dlatego też właśnie kortyzol działa negatywnie, zaś testosteron pozytywnie, jednocześnie na masę mięśniową i kostną. W związku z tym mamy prawo podejrzewać, że L-karnityna obniża aktywność transkrypcyjną receptorów glikokortykosteroidowych, specyficznych dla tkanki mięśniowej, czyli obniża ostatecznie aktywność kataboliczną kortyzolu.

Jeżeli jednak powrócimy na chwilę do wcześniejszego badania, porównującego wpływ L-karnityny i testosteronu na funkcje seksualne, i przypomnimy jednocześnie o jej aktywności anabolicznej, nie sposób nie zadać pytania: czy L-karnityna nie jest jednocześnie selektywnym modulatorem receptorów androgenowych (SARM)…? I wprawdzie nikt tego jeszcze dokładnie nie przebadał, to (poprzez ewidentne powinowactwo do receptorów steroidowych, co widzieliśmy na przykładzie GR) L-karnityna mogłaby wiązać receptory androgenowe i zwiększać ich aktywność transkrypcyjną w mięśniach i kościach, a zmniejszać w gruczole krokowym i skórze głowy, gdyż jej podawanie, w przeciwieństwie do testosteronu, nie prowadziło do wzrostu rozmiarów prostaty (Cavallini, 2004), za to pobudzało wzrost mieszków włosowych pobranych z męskiej łysiny (Foitzik, 2007).       

Testosteron powiększa masę mięśniową m.in. w ten sposób, że pobudza syntezę bodaj najsilniejszego, tkankowego hormonu anabolicznego – insulinopodobnego czynnika wzrostu typu 1 (IGF-1).

Jeżeli więc L-karnityna ma ambicję pretendować do miana SARM czy mimetyka testosteronu, powinna również podnosić poziom IGF-1. Gdybyśmy rzeczywiście spotykali się z takim efektem, tłumaczyłoby to obserwowany w „szczenięcych latach karnityny” wpływ torulityny na stymulację wzrostu młodych zwierząt, gdyż – jak pewnie wszyscy wiemy – IGF-1 jest posłańcem hormonu wzrostu (GH), pobudzającym rozwój mięśni i kości. Popatrzmy więc: w jaki sposób kształtują się relacje pomiędzy L-karnityną a IGF-em… 

O tym, że L-karnityna faktycznie wpływa pozytywnie na produkcję IGF-1 i anaboliczne szlaki sygnałowe tego hormonu, przekonuje nas kilka prac wykonanych z wykorzystaniem zwierzęcych modeli badawczych. Obok klasycznych badań laboratoryjnych na gryzoniach (Mohamed – 2010, Keller – 2013), mamy tu również doświadczenia na zwierzętach hodowlanych (Waylan – 2005, Keller – 2011), nawiązujące niejako ideowo do wczesnych prac nad torulityną, której podawanie w bardzo wysokich dawkach – jak pamiętamy – prowadziło do osiągania olbrzymiego wzrostu przez zwierzęce oseski. Mało tego: jak wynika z dwóch badań cytowanego wyżej autora (Keller – 2011 i 2013) – L-karnityna nie tylko aktywuje szlaki sygnałowe IGF-1 kierujące wzrostem i rozwojem umięśnienia, ale jednocześnie hamuje przy tym konkurencyjne szlaki kataboliczne sterujące degradacją muskulatury.

Natomiast El Hana postanowił sprawdzić w 2006 roku – jak wygląda ta sprawa w przypadku ludzkich dzieci… Chodziło tutaj o małych pacjentów poddawanych dializoterapii, cierpiących z powodu chronicznej niewydolności nerek. Ponieważ dializy, jak pamiętamy, generują niedobory L-karnityny, a ta jest jakoś niezbędna do produkcji IGF-1, dlatego poddawane im dzieci bardzo wolno rosną i słabo przybierają na wadze. Kiedy jednak autor tej pracy podawał 20 małym pacjentom przez pół roku po 50 mg L-karnityny na kilogram wagi ciała dziennie, odnotował średni przyrost wagi, wzrostu, obwodu ramienia i poziomu IGF-1 o – odpowiednio – 7.55, 3.6, 4.65 i 5.05 procent.

Kończąc wątek relacji pomiędzy L-karnityną a IGF-1, warto może wspomnieć o jeszcze jednym badaniu z udziałem ochotników: chodzi tutaj o pracę Di Marzio z 1999 roku, której autor uzyskał wysoki wzrost poziomu IGF-1 u nosicieli wirusa HIV, podając im przez 5 miesięcy po 3 g acetylo-L-karnityny dziennie. 

A co do relacji z innymi hormonami anabolicznymi i katabolicznymi – to L-karnityna zwiększa poziom tlenku azotu (NO) u trenujących siłowo atletów (Bloomer, 2007), a jednocześnie obniża poziom IL-1 beta i TNF alfa u zwierząt i ludzi (De Simone – 1993, Alesci – 2003, Miguel-Carrasco – 2008).

Maleńka cząsteczka gazowego tlenku azotu jest potężnym hormonem anabolicznym, o którym pisałem wiele i wielokrotnie.

Z ciekawostek jedynie przypomnę, bo generalnie mechanizmy anabolicznej aktywności tej molekuły są niezwykle szerokie, że NO silnie pobudza produkcję folistatyny, a nieznacznie hamuje wytwarzanie miostatyny (Pisconti, 2006). Folistatyna wiąże miostatynę i pozbawia ją w ten sposób aktywności. Natomiast IL-1 beta i TNF alfa to z kolei silne, tkankowe hormony kataboliczne, aktywujące m.in. czynnik transkrypcyjny NF-kB pobudzający geny komórek mięśniowych do produkcji miostatyny. Skoro więc L-karnityna zwiększa poziom tlenku azotu, a jednocześnie obniża IL-1 beta i TNF alfa, mamy prawo podejrzewać, że tym samym blokuje produkcję i hamuje aktywność miostatyny, chociaż nikt tego jeszcze bezpośrednio nie udowodnił. A nad stopującą rozwój umięśnienia miostatyną nie muszę się chyba rozwodzić, gdyż pewnie wszyscy bardzo dobrze znamy ten bodaj najsilniejszy hormon kataboliczny i antyanaboliczny. 

Anabolik po raz trzeci 

Poszukajmy teraz dowodów na anaboliczną aktywność L-karnityny pośród nowszych doświadczeń, pochodzących z „nowożytnej ery” badań nad tą substancją…

I znowu mamy tutaj prace dowodzące pozytywnego wpływu L-karnityny na przyrost masy mięśniowej, z wykorzystaniem zwierzęcych modeli badawczych, prowadzone zarówno na zwierzętach laboratoryjnych (Aleem, 2013), jak też hodowlanych (Heo – 2000, Eder – 2002). Przyjrzyjmy się bliżej może jednemu takiemu doświadczeniu, gdyż – w mojej opinii – wyglądało ono najbardziej obiecująco… 

W materiałach naukowych firmy Kaneka możemy znaleźć opracowanie badania, niepublikowanego niestety online, w którym porównywano anaboliczną aktywność flawonoidów lukrecjowych (LFO) i L-karnityny. Jak ustalono: podawanie przez miesiąc L-karnityny, w porównaniu z kontrolą, powiększyło masę mięśni kończyn dolnych myszy o ok. 25 procent; podawanie LFO dało lepszy wynik – wzrost o ok. 55 procent. Wynik niezmiernie spektakularny, tyle że nadmiernie rozdmuchany entuzjazm studzą tu nieco zastosowane dawki – odpowiadające, w przeliczeniu na przeciętnego człowieka, 20 standardowym kapsułkom Glavonoidu (firmowa nazwa LFO) i 10 kapsułkom L-Carnitine 1500 Extreme Olimpu dziennie. Z drugiej jednak strony – jeżeli 10 kapsułek L-karnityny dziennie miałoby skutkować 25-procentowym przyrostem „suchej” masy mięśniowej w przeciągu miesiąca, w porównaniu z kolegami trenującymi „na czysto”, to koszty suplementacji wydają się całkiem realne, a cała inwestycja wygląda dość opłacalnie… 

Bardzo ciekawie wyglądały też badania z udziałem ochotników, a szczególnie… 66 stulatków… W doświadczeniu, którego wyniki opublikowano w 2007 roku, Malaguarnera podzielił tych sędziwych seniorów na dwie grupy, gdzie jednej podawał codziennie 2 g L-karnityny, drugiej zaś – placebo. Po półrocznej suplementacji okazało się, że w grupie placebo doszło do wzrostu tłuszczowej i beztłuszczowej masy ciała – odpowiednio – o 0.6 i 0.8 kg, podczas gdy w grupie L-karnityny masa tłuszczowa obniżyła się o 1.8, zaś masa mięśniowa wzrosła o 3.8 kilograma. 

Nas oczywiście najbardziej zainteresują rezultaty uzyskane w badaniach z udziałem trenujących siłowo atletów, a takich aktualnie mamy przynajmniej dwa: 

Jacobs podawał w 2010 roku trenującym siłowo mężczyznom – albo różne dawki L-karnityny w postaci glicynianu propionylo-L-karnityny, albo celulozę – jako placebo. Niestety, autora tej pracy interesował jedynie wpływ suplementacji L-karnityny na poprawę parametrów siłowych mierzonych w kilku testach sprinterskich. Niespodziewanie, najlepsze wyniki dawała najniższa dawka L-karnityny – 1.5 g, zaś dawki 3.0 i 4.5 g były tutaj zupełnie nieefektywne. Ostatecznie więc glicynian propionylo-L-karnityny, stosowany w dawce 1.5 g na dobę przez 4 tygodnie, poprawiał w porównaniu z placebo, w przedziale 3-6 i 2-5% – odpowiednio – szczytową moc i średnią siłę mięśni.  

Kończąc, nie sposób nie przypomnieć badania wspominanego już wyżej, gdzie to Stephens podawał w 2013 roku 12 trenującym rekreacyjnie atletom dwa razy dziennie – albo 80 g węglowodanów, albo 80 g węglowodanów plus 2 g winianu L-karnityny. Po zakończeniu 12-tygodniowego eksperymentu okazało się, że atleci z grupy węglowodanowej przybrali średnio 1.8 kg tłuszczu, a utracili 200 g beztłuszczowej masy ciała, czyli głównie tkanki mięśniowej. Natomiast w grupie węglowodanowo-karnitynowej waga tłuszczu ani drgnęła w górę, za to masa mięśniowa wzrosła średnio o 400 gramów. 

Spalacz na masę 

Tak więc, dobrze znana i przebadana jako spalacz tłuszczu L-karnityna okazuje się jednocześnie bardzo efektywnym anabolikiem.

Wszystko wskazuje na to, że – aby mięśnie wzrastały we właściwym tempie – muszą być odpowiednio nasycone L-karnityną. Mamy więc tutaj analogiczną sytuację, jak w przypadku wspominanej kilkakrotnie w tym tekście kreatyny… A ostatnio zaleca się ciągłą suplementację umiarkowanych dawek kreatyny, aby mięśnie dysponowały cały czas maksymalnym jej zasobem. Identycznie powinniśmy chyba podejść więc do problematyki suplementacji L-karnityny. Problem jedynie w tym, że zdolność mięśni do magazynowania L-karnityny jest co najmniej porównywalna, a prawdopodobnie nawet większa niż kreatyny, a pierwsza substancja jest od drugiej w przybliżeniu 3-krotnie droższa. Najczęściej zakłada się, że do pełnego wysycenia mięśni, przy suplementacji ciągłej, wystarczają 4-, 5-gramowe, dzienne porcje kreatyny. Natomiast L-karnityna wysyca w pełni mięśnie w przeciągu 4 tygodni przyjmowana w dawce 100 mg/ kg wagi ciała (Silverio, 2011). W przypadku przeciętnego pakera – daje to np. 8 kapsułek Olimp L-Carnitine 1500 Extreme dziennie. Z drugiej jednak strony, jak wyżej widzieliśmy, L-karnityna wykazywała bardzo przyzwoite rezultaty w postaci przyrostu masy mięśniowej u stulatków i atletów już w dawce 1.5-2 g (2 g winianu to bowiem w przybliżeniu 1.5 g czystej L-karnityny), gdy przyjmowana była relatywnie długo: 3-6 miesięcy. Prawdopodobnie więc ta mniejsza dawka też całkowicie wysyca tkankę mięśniową, tyle że w dłuższej perspektywie czasowej. Ostatecznie najbardziej racjonalne, dla właściwego rozwoju umięśnienia trenujących siłowo atletów, wydaje się ciągłe przyjmowanie kreatyny i L-karnityny w dawkach: 4 i 2 gramy dziennie (np. 4 kaps. Creatine Magna Power plus 2 kaps. L-Carnitine 1500 Extreme). Niemniej, jeżeli ktoś zapragnie zweryfikować wyniki omówionego wyżej badania na szczurach, gdzie przeliczona na przeciętnego człowieka, 10-gramowa, dzienna dawka L-karnityny skutkowała w przeciągu miesiąca, w porównaniu z kontrolą, 25-procentowym przyrostem masy mięśni, będzie to oczywiście bardzo ciekawe, życiowe doświadczenie. 

Sławomir Ambroziak