Kolarstwo dostało po tyłku

10 października 2017
266 Wyświetleń


W dzieciństwie najszybszy na osiedlu, chyba, że ktoś pociskał Zenitem. W dorosłym życiu daleko zajechał, a wszystko dzięki temu, że z domu do toru kolarskiego miał zaledwie 800 metrów. Ciosy przyjmuje na klatę, sukcesy zresztą też. Potrafi kręcić. Rzecz jasna, kółkami. Damian Zieliński, nasz najlepszy kolarz torowy, szósty w keirinie na ostatnich igrzyskach w Rio. 

Co się dzieje obecnie ze “Smykiem”?

“Smykiem”? Aaa, wiem! Został skasowany po pierwszych dwóch miesiącach. Ojciec wraz ze znajomymi próbowali go jeszcze odratować – malowali, spawali, no wszystko. Ostatecznie nadawał się jeszcze trochę czasu do użytku. Nie miał już jednak ładnych błotników i innych bajerów. W końcu z niego wyrosłem.

To na nim startowałeś w przedszkolu w pierwszych wyścigach w życiu?

Tak. Na parkingach żużlowych przy ulicy Szafera. Wtedy stały tam może z dwa samochody na krzyż, więc było sporo miejsca do wyścigów.

Kto wygrywał najczęściej?

Ja! Co nie zmienia faktu, że ciężko było, gdy posiadało się “Reksia”, który miał koła dwunastocalowe, a toczyło się rywalizację z chłopakiem, który jeździł na “Zenicie”. Wtedy były jednak inne czasy. Nikt nie siedział tyle w internecie, oglądało się jedną bajkę dziennie, czyli wieczorynkę, i nic innego nie było do porobienia. Także jeździło się od rana do nocy na podwórku, gile wisiały do pasa i było fajnie. Jak robimy nabór do akademii kolarskiej to widzimy, że na szczęście dzieciaki jeszcze garną się do sportu. Niektórzy potrafią zbalansować czas spędzony przed xboxem z aktywnością fizyczną, ale i są tacy, którzy żyją tylko tą aktywnością. Na pewno jest jednak zdecydowanie mniej chętnych do sportu niż kiedyś. Myślę, że wpływ mają na to te wszystkie gadżety techniczne, ale i niż demograficzny. Zwróć uwagę, że pewna tendencja się przesunęła – nasze mamy rodziły nas, gdy miały po 20-23-25 lat. Teraz często jest tak, że rodziny decydują się na dzieci, kiedy są sporo po trzydziestce. Powstała dziura pokoleniowa.

Racja. Za dzieciaka od rana do nocy siedziało się na podwórku i grało w przeróżne gry. Teraz, gdy wyglądam przez okno w mieszkaniu, to zupełnie nie widzę tego młodszego pokolenia.

Niestety, tak właśnie jest. Wpływ na to ma także emigracja. Te kilkanaście lat wcześniej wyglądało to inaczej. Ojciec był w wojsku, miał przydział na mieszkanie. Pieniądze były, więc nikt się o to nie martwił. Co było do roboty? Dzieci… 

Jeździć na rowerze nauczyłeś się w wieku trzech lat. Podobno od razu na dwóch kółkach.

Tak, śmigałem bez kółek bocznych. Nie było wtedy rowerów biegowych, więc było trudniej. Uczyliśmy się metodą prób i błędów, bez takich pomocy, jakie są teraz. Moje córki najpierw oswajały się jeździć na rowerkach biegowych, następnie z kółkami, później znowu coś i dopiero wtedy przyszedł czas na normalną jazdę.

Później  w twoim życiu pojawiło się judo…

Też miałem blisko domu. Namówił mnie kolega w piątej lub szóstej klasie podstawówki.

Dlaczego nie pociągnąłeś dłużej tego tematu?

Wyszło spontanicznie. Nie wiem czy byłem chory, czy gdzieś wyjechałem, nie przyszedłem na kilka treningów i postanowiłem odpuścić. Dwa lata nie robiłem nic, aż w końcu trafiłem na zajęcia kolarskie.

Właśnie. W wieku 15 lat rozpocząłeś treningi w szczecińskim klubie “Gryf”. Dlaczego akurat kolarstwo torowe? Nie ma co ściemniać, to dość niszowy sport.

Mieszkałem 800 metrów od toru kolarskiego, więc na pewno ułatwiło to decyzję. Tato pomagał tutaj  jako działacz, znał dobrze władze klubu, wpadli więc na pomysł, by zaprosić mnie na treningi.

Od razu poczułeś, że to jest właśnie to co chcesz robić?

Nie. Początki były trudne, zostawałem z tyłu na pierwszych treningach. Minęła pierwsza zima, rozpoczął się pierwszy sezon i jakoś to odpaliło. Dość szybko poszedłem też do SMS w Żyrardowie, czyli do szkoły mistrzostwa sportowego, co wiele mi dało. Jak przyszedłem do klubu, to myślałem, że od razu dostanę rower górski. Wtedy zaczęły się one pojawiać się na rynku, były modne, każdy chciał je mieć. Gdy jednak przesiadłem się na rower szosowy, to stwierdziłem, że nie chcę innego roweru. Szybkość na nim była czymś co od razu mi się spodobało. Oj, różnie było.

Rower torowy nie ma hamulców ani przerzutek. Domyślam się, że w trakcie kariery często lądowałeś na glebie…

Na torze jest tak, że nie ma potrzeby się zatrzymywać.  Nie ma sytuacji, że wyjdzie pies, przejedzie samochód czy będzie się przechadzać starsza pani. Także można jeździć do oporu i tylko kwestia wyrobienia sobie tego  początkowego nawyku kręcenia. Każdy kto jechał na ostrym kole, ten wie o co chodzi. Kto przesiadł się z roweru szosowego na ostre koło na torze, ten pewnie doświadczył tego, że przeleciał przez kierownicę, bo odruchowo chciał puścić korby. Normalne. 

Miałeś w takim razie kiedyś poważniejszy wypadek?

 W finale keirinu na mistrzostwach kraju. Mijałem grupę górą, gdy odhaczył mi się widelec z przodu. Zderzyłem się wcześniej z kumplem, on wyleciał, ja wyprostowałem i pojechałem dalej, ale widelec pękł właśnie od tego uderzenia. Skończyło się na kilku dniach spędzonych w szpitalu, niemalże urazie kręgosłupa i przymusowym odpoczynku w domu. Było dość poważnie. Bolało trzy miesiące.

Ile razy w tygodniu trenujesz i jak wyglądają te treningi? 

Zależy od okresu. Czy jest to bezpośrednie przygotowanie do startu, czy okres roztrenowania lub trening kondycyjny. W najbardziej intensywnym momencie są to dwa treningi dziennie, z jednym lub dwoma wolnymi dniami w tygodniu. Czas wolny całkowicie lub w postaci treningu relaksacyjnego. Jeśli jest roztrenowanie, to mam jeden trening dziennie lub dwa, przez trzy dni pod rząd, a następnie czas wolny. Często jest to także zależne od samopoczucia.

Dużą wagę przywiązujesz do treningu na siłowni. Jesteś jednym z lepiej zbudowanych kolarzy ze światowej czołówki.

Siłownia zajmuje nam 3-4 treningi tygodniowo, czasami więcej. We wszystkim należy znaleźć złoty środek i odpowiednio go zbilansować. Większa tkanka mięśniowa generuje większą moc, ale wpływa to wtedy na wydolność i wytrzymałość. Jeżeli ta masa jest duża, ale generowana moc jest stosunkowo potężna, to jest w porządku. Gorzej, jeśli wozi się zbędne kilogramy. Uwarunkowania genetyczne też zapewne odgrywają znaczącą rolę.

Obciążenia zmieniały się w przeciągu Twojej kariery? Trenujesz teraz mniej niż kiedyś?

Więcej. Po wielu latach treningów, by wykonać krok naprzód, muszę zmusić do tego swój organizm. Nie jest już też podatny na każdy rodzaj treningu, więc wskazane jest, bym co jakiś czas wymyślał coś nowego i stymulował nowe bodźce do działania. Przez kilka lat stosowałem podobny trening i w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że przestaje on dawać oczekiwane rezultaty. Przeszliśmy na nowy system, nowe metody i moje wyniki się poprawiły.

Twój tryb żywienia również się zmienił?

Przed Londynem pracowałem z dietetyczką, by zredukować moją tkankę tłuszczową. Pomogło. Teraz spotykam się ze specjalistą, który daje mi wskazówki co do żywienia. Nie mam już to tak uściślonego, że mogę jeść tyle i tyle gramów konkretnego pokarmu, jak było kiedyś. Obecnie dostaję raczej informację odnośnie tego co powinienem jeść, a czego unikać. Wolę trzymać się takich reguł, niż przestrzegać ściśle aż tak konkretnych dyspozycji.

Czyli diety bezglutenowej nie stosowałeś? 

W pewnym sensie stosowałem, ale nie w 100%. Zredukowałem ilość spożywanego glutenu, ale nie na klasycznych zasadach diety bezglutenowej, ale tej najbardziej toksycznej, czyli pszenicznego glutenu.

Wciąż mają miejsce treningi szosowe, kiedy pokonuje się długie kilometry na rowerze?

Koncepcje były różne. Kiedyś wielką część pracy wykonywaliśmy na szosie. Ostatnie lata jeździmy już dużo mniej. Teraz z kolei znów słyszałem, że jest wskazane stale pokonywać pewną ilość kilometrów podczas treningu. Na tę chwilę staramy się nie stosować zbyt dużych obciążeń na szosie. Maksymalnie są to 2,5-3 godziny jazdy treningowych. Ja od miesiąca przeszedłem na rower górski w ramach treningu tlenowego.

Ale potem musi boleć tyłek…

Nie jest tak źle. Na szosie są pewne aspekty, które na torze nie występują. Ręce pracują, wszystko amortyzuje, motoryka i tym podobne. 

Czyli po treningu to do domu raczej nie wracasz rowerem?

Nieraz wracałem, ale do domu mam niecały kilometr, więc większego znaczenia to nie miało.

Za Tobą już 20 lat kariery zawodniczej. Można powiedzieć, że widziałeś wszystko w tej dyscyplinie. Jak ona się zmieniała przez te 20 lat?

Gdy przyszedłem do klubu w 1996 roku, to pracowaliśmy przy świeczce. Były problemy finansowe, więc były tam może z dwa ergometry. Prądu nie było, więc i telefony były odłączone. Świeczka na ergometry i plan treningowy – tak wyglądał początek. Bieda. To były lata 90, więc zbyt dużo sprzętu na zamówienie  i zarazem możliwości nie było. Trzeba było więc coś czasem sklecić i dużo kombinować. Jedno się na pewno nie zmieniło – poczucie humoru. Wciąż zdarzają się akcje dla zabawy – na przykład pompowanie kumplom wody do dętek. Natomiast kiedyś było więcej zawodów na torach, większa ilość zawodników i zarazem więcej kibiców. Nasz szczeciński tor był zresztą wtedy najlepszy w Polsce. Chłopaki, którzy byli w elicie, dbali o siebie, choć teraz, oczywiście, dzięki temu, że są lepsze czasy, to jest o to łatwiej. Kiedyś, gdy ktoś miał problemy z kolanem, to był wykluczony ze sportu. Dziś czasami wystarczy zabieg endoskopowy, kilka tygodni przerwy i wraca do sportu. Rozwinęła się więc medycyna, dietetyka, pojawili się specjaliści, którzy są w stanie zadbać o każdą istotną dla sportowca kwestię.

Dopiero w ubiegłym roku miałeś okazję po pierwszy w życiu przejść testy w tunelu aerodynamicznym. Co one wykazały?

Miały na celu przede wszystkim ułatwić wybór odpowiedniego sprzętu. Sprawdzaliśmy czy lepiej będzie z takim, a nie innym kaskiem, skarpetkami czy bez, przemierzaliśmy różne kombinezony, oglądaliśmy przeróżne koła. Wszystko. 10 godzin zabawy. Przy okazji sprawdziłem też swoją pozycję na rowerze i w tej materii udało mi się trochę zerwać czasu startowego. Ale praca nad pozycją to miesiące zmian, więc nie udałoby mi się tego wprowadzić do czasu igrzysk. Zmienia się biomechanika ruchu, ustawienie nogi i przed Rio byłoby to zbyt ryzykowne.

Jak było z dofinansowaniami i stypendiami w trakcie Twojej kariery?

Byliśmy objęci programem stypendiów ministerialnych. Zasady były takie jakie są teraz, tylko ramy finansowe były inne. Jedyne co doskwierało to to, że pieniądze zawsze były wypłacane z opóźnieniem. Czyli pierwszą kasę za styczeń dostawaliśmy w czerwcu. Wysokość stypendiów była całkiem fajna. Co do kasy od klubu, to w początkowych latach jej nie było, ale w końcu  się pojawiły, gdy klub wyszedł z problemów finansowych. Raz trafił się sponsor, a tak to z nimi zawsze było trudno. 

Prócz tego jesteś współzałożycielem Piasta Szczecin, a aktualnie zakładasz akademię kolarską. Młodzi garną się do kolarstwa? Masz na oku zawodników, którzy godnie mogą zastąpić choćby właśnie Ciebie?

Zrobiliśmy akcję w internecie, zamierzam jeszcze pochodzić trochę po szkołach. Zebraliśmy dwie grupy dzieciaków, którzy będą szkoleni pod okiem Tomka Balcera, Zygfryda Jaremy oraz moim. Młodzież bardzo chce i dostrzegam w nich sporą dawkę mobilizacji. W naszej konkurencji jest Mateusz Miłek, który w ubiegłym roku został czwartym zawodnikiem Mistrzostwach Świata Juniorów. Wysłaliśmy go też do SMS Żyrardów, tam gdzie i ja byłem. Jest trochę tych sukcesów, może być dobrze w przyszłości. Trener Jarema wprowadził go do tej konkurencji, w której powinien jeździć, czyli na krótkie dystansy. Na początku był ciągany po szosie, ale to nie dawało oczekiwanych wyników. Teraz jest już dużo lepiej, ma potencjał. 

Grupę w jakim przedziale wiekowym prowadzisz?

Mamy grupy w wieku 6-8 i starsi, w zależności od poziomu. Prowadzę albo najmłodszych, albo najstarszych. 

Boją się pruć?

Właśnie nie. Niedawno zrobiłem im takie małe ściganie, bo było akurat dwóch chłopaków w podobnym wieku. Myślałem, że skończy się na dwóch próbach, a tu bez przerwy chcieli ze sobą rywalizować. Na tym etapie jest to jeszcze zabawa z rowerem, ale i tak trzeba urozmaicać ćwiczenia, gdyż nie można dopuścić do monotonii. Dobrze jest wprowadzać element walki między sobą, by ich dodatkowo zachęcić.

Jak to wygląda cenowo dla dzieciaków, które chcą kupić taki rower do treningów torowych?

W tej chwili jest duży wybór i masę sklepów, w tym portale aukcyjne, więc jest w czym przebierać, w zależności jakie ma się oczekiwania sprzętowe. Dla dzieci, które rozpoczynają treningi, koszt nowego roweru to około 2000-2500 złotych. Można z Chin zamówić tańsze części i zmniejszyć ten budżet. Wiadomo, nie będzie to sprzęt jakiś wysokich lotów, ale można sobie radzić na różne sposoby.

Zawodnik, współzałożyciel klubu, akademia kolarska, a jesteś też bardzo aktywny na facebooku, organizując przeróżne konkursy dla fanów sportu… widać, że cały sobą żyjesz kolarstwem.

Wiesz, to bardziej na zasadzie, że dobrze jest wykorzystać swoją osobę do tego, by pchnąć trochę dyscyplinę do przodu. Chcemy utrzymać tradycje kolarstwa torowego, które są dość silne w Szczecinie. Najlepiej to robić przy współpracy z zawodnikami. 

Twoje córeczki też garną się do rowerów?

Mają mnóstwo energii i próbują wszystkiego. Pływanie, rower, narty, piłki, bieganie. Naśladowały nawet Anitę Włodarczyk przed telewizorem. Boję się co będzie w przyszłości!

Trzy razy byłeś na igrzyskach, choć powinieneś być cztery razy. W 2008 roku byłeś zawieszony. Oskarżono Cię o próbę manipulacji przy teście antydopingowym. Wygrałeś sprawę w sądzie i zostałeś oczyszczony z zarzutów, ale igrzyska w Pekinie przepadły. Boli do dzisiaj?

Byłem, nie byłem, wszystko trzeba przyjąć na klatę i iść dalej. Przyjąłem i jestem tu gdzie jestem. Może gdybym był wtedy pretendentem do medalu, to bardziej by się to odbiło na mnie, ale i zdrowotnie, i kondycyjnie byłem wtedy słaby. Nie walczyłbym raczej o medale. 

Na przestrzeni lat najbardziej uderza przykład Brytyjczyków. W Rio zdobyli 11 medali w kolarstwie, pozostałe państwa łącznie 10. Jeszcze kilka lat temu temu, kiedy jeździliście po betonowych torach, ten kraj kompletnie nie liczył się w rywalizacji.

Tak, pod koniec lat 90. zbudowali profesjonalne centrum w Manchesterze. Przez pewien czas rządzili Francuzi i Australijczycy, Niemcy zawsze byli bardzo silni. Brytyjczycy w pewnym momencie zainwestowali duże pieniądze w rozwój dyscypliny, w tym w naukę, co sprawiło, że nagle zaczęli odjeżdżać konkurencji. Odjeżdżają do dzisiaj.

Na których igrzyskach wioska olimpijska zrobiła na Tobie najlepsze wrażenie?

Najbardziej wszystko dopracowane było w Londynie. Dosłownie nie było się do czego przyczepić. Za to widoki lepsze są w Rio, wiadomo. Tam z kolei pełno było niedociągnięć organizatorskich. Gdzieś tam farba odpadała, coś ciekło, itp. W moim pokoju jedna łazienka była wyłączona z użytku, jakieś kratki były powyciągane. Raz odkręciłem wodę, to syfon wyleciał. Trochę jak na filmach komediowych. 

Spotkałeś na igrzyskach wielu wybitnych sportowców. Kto zrobił na Tobie największe wrażenie?

Jakoś specjalnie z nikim nie rozmawiałem dłużej, ale można było spotkać Bolta czy koszykarzy amerykańskich. 

Cwaniaki?

Raczej luzaki. Pamiętam jak jeszcze w Atenach spotkałem tego wielkiego Chińczyka, Yao Minga. Jak zobaczyłem jego klapka, to wow. Jak podnosił tę nogę do góry, to wyglądało to tak jakby pod własnym ciężarem się uginał. 

Finału keirinu w Rio był jakimś przełomem. Kontrowersje i wielkie emocje, które tam miały miejsce, spowodowały, że nagle okazało się, że pół Polski to specjaliści od kolarstwa torowego.

Tak, racja. Do tej pory trudno było znaleźć dobrego szkoleniowca w Polsce, a tu nagle okazało się, że jest ich mnóstwo w naszym kraju.

Wiem, że keirin wywodzi się z Japonii, gdzie ma gigantyczną popularność.

Tak, to dyscyplina, którą wymyślili zaraz po wojnie, w 1948 roku. Miała pomóc w rozwoju ich gospodarki.  Zrobili ją w formie hazardu na zasadzie zakładów bukmacherskich. Napisali poprawkę do konstytucji, która legalizowała zakłady w takiej postaci. W Japonii ściga się dziewięciu zawodników i system rozgrywek jest również inny niż w Europie. 

Dwa razy byłeś w Japonii na kontrakcie i mówiłeś potem, że to wielka nobilitacja i najchętniej byś to powtórzył.

Tak, to prawda. Fajne doświadczenie, które jednocześnie jest odczuwalnym zastrzykiem finansowym. Nie są to jakieś miliony, ale na pewno lepsze pieniądze niż w naszym kraju. Na finałowych biegach jest pełny stadion, a dzięki nowoczesnej technologii można obstawiać te wyścigi z każdego miejsca w Japonii. 

Finał keirinu w Rio nie był dobrą reklamą kolarstwa torowego w Polsce. Przed telewizorami usiadło wiele osób, które wcześniej nie miało bladego pojęcia o tej dyscyplinie. Tymczasem ujrzeli moc niezrozumiałych decyzji sędziów, które prezes Polskiego Związku Kolarstwa Wacław Skarul nazwał skandalem.

Po przeanalizowaniu materiału video eksperci mówili, że było wykroczenie. Na pewno ten wyścig nadał popularności dyscyplinie, ale i ukazał ją w złym świetle. Trochę igrzyska i kolarstwo dostało po tyłku.

Po tym finale powiedziałeś, że sędziowie swoimi decyzjami zniszczyli 20 lat Twoich przygotowań.

Dzień po finale targały mną jeszcze emocje. Raczej teraz bym aż tak mocno się nie odniósł, ale jednak to zmarnowana szansa. W końcu to rok wyjęty z życia, bo ciągle poza domem, a także dwa, trzy lata żmudnych przygotowań i kwalifikacji. 

Zapewne wiele osób zastanawiało się wtedy czy takie ekscesy są normą na zawodach. Sędziowie często popełniają takie błędy?

Z tak drastycznym błędem spotkałem się pierwszy raz, ale tak, zdarzają się. Sędziowie czasami widzą pewne rzeczy, a czasami nie. Nie mam pojęcia czy specjalnie to robią, ale pewnych ludzi też się nie dyskwalifikuje lub nie daje upomnień, a niektórzy zaś karani są za błahe przewinienia. 

Słyszałem, że gdybyś Ty popełnił błąd, to wyleciałbyś z wyścigu. Popełnił go jednak wielki faworyt, Jason Kenny, i w tym przypadku…

Byłoby wtedy po sprawie. Co zrobić… nie mamy tak mocnej pozycji w dyrektoriacie, by pewne rzeczy przepychać.

Paweł Drąg