Akademia MMA (5) tuż przed walką…

12 stycznia 2017
114 Wyświetleń

Głośne dźwięki ulubionego utworu, błyskające światła, fajerwerki i krzyk publiczności, flesze, stroboskopy.

A potem spokojny spacer przy ogłuszającym dopingu kibiców.

Parę kroków i jestem w ringu, jeszcze tylko kilka słów konferansjera, komenda sędziego, zwyczajowe uprzejmości i dotknięcie rękawic, a potem…

Potem nie ma już nic, tylko przeciwnik i walka, zawężone pole widzenia, nic nie słychać i czasem nawet bólu nie czuć, liczy się jedno – zwycięstwo.

Wyjście do klatki czy ringu jest momentem tak energetyzującym, elektryzującym i niezwykłym zarazem, że trudno ubrać je w słowa. To przeżycie przepełnione wybuchowym połączeniem adrenaliny, napięcia i skupienia jednocześnie.

Jednak ostatnie chwile przed walką i samym wejściem na ring to coś, czego nie pokazują w relacjach telewizyjnych. Coś, co dane jest zobaczyć i przeżyć tylko nielicznym i przez to jest to tak fascynujące dla wielu osób. Każdy zawodnik zapamiętuje po swojemu ostatnie momenty przed walką, niemniej jednak, mi te chwile wiążą się zawsze z atmosferą w szatni, wpływem wcześniejszych przygotowań i drobnymi ‘smaczkami’, związanymi z uczestnictwem w wielkim przedstawieniu i oglądaniem go zza kulis.

Ostatnie chwile przed walką to przede wszystkim ogromne kłębowisko myśli. Napięcie i swego rodzaju mobilizujący stres są nieodzowne. Za każdym razem są to uczucia trochę inne.

Niewątpliwie najważniejszą rzeczą przed walką jest odpowiednie nastawienie psychiczne.

Można być świetnie przygotowanym zarówno fizycznie, jak i technicznie. Jednak, jeśli w głowie nie będzie tego, co być powinno – to i walka nie będzie się toczyć po myśli zawodnika.

Ostatnie chwile przed walką są zazwyczaj zogniskowaniem wielomiesięcznych przygotowań i w wielu przypadkach to one rzutują na ostatnie sekundy przed pojedynkiem. Sumiennie przepracowany okres przygotowań i dobrze poprowadzone treningi dają zawodnikowi odpowiednie nastawienie psychiczne. Uskrzydlają i sprawiają, że krocząc na ring w rytm muzyki, napięcie związane jest tylko z tym, aby dać dobry show.

Walka jest już wygrana w głowie przed samym jej rozpoczęciem i wchodząc na ring dominuje poczucie, że wszystko co za moment nastąpi jest zwyczajną formalnością. W tych ostatnich sekundach przed komendą sędziego zawodnik nie tyle czuje się lepszy od przeciwnika, on wie, że jest lepszy i to właśnie ta pewność siebie wraz z charakterem i sercem do walki – których niestety nie da się nauczyć ani wytrenować – są cechami zwycięzców.

Ostatnie chwile przed walką to również specyficzna atmosfera szatni dla zawodników. To właśnie tam tworzy się to charakterystyczne napięcie i ekscytacja przed walką. W swojej karierze pamiętam gale w Berlinie, na których jednocześnie odbywały się walki MMA i MUAI THAI. Wówczas organizator zapewnił tylko jedno, ale bardzo przestronne pomieszczenie, gdzie przygotowywali się wszyscy. Zarówno ja, jak i kilka metrów dalej mój przeciwnik. W powietrzu unosiła się woń olejków, którym zawodnicy MUAI THAI nacierali uda i piszczele, grała dość głośna muzyka, a gdzieś w kącie zawodniczka z Czech, w ramach rozgrzewki, zamiast skakać na skakance lub uderzać w tarcze – zaczęła tańczyć. Klimat całej scenerii podziałał na mnie wyjątkowo motywująco i walka zakończyła się szybko i efektownie.

Niezależnie od gali czy rangi walki, przygotowania za kulisami przebiegają zazwyczaj według stałego i ustalonego schematu. Szatnię dzieli się najczęściej z trzema lub czterema innymi zawodnikami, nigdy nie z przeciwnikiem (poza wyjątkowymi wyjątkami J). Od razu po wejściu zajmuję kilka miejsc do siedzenia dla siebie i mojego narożnika. Rozstawiamy wiaderka, spryskiwacze i ochraniacze. Ktoś z organizatorów przekazuje zawodnikom i ekipom zawieszki, plakietki z napisem CORNER lub innego rodzaju oznaczenie pozwalające na swobodne poruszanie się po obiekcie. Często wcześniej przed galą, a tuż po przybyciu na miejsce odbywa się kontrola lekarska. Pomiar ciśnienia, świecenie latarką w oczy i zwyczajowe pytania: czy jesteś zdrowy… czy dobrze się czujesz…
Słowem – formalność i konieczność zarazem.

Kolejną ważną czynnością jest tzw. ‘klejenie’ rąk przed walką. Podczas treningu bokserskiego zawodnicy owijają dłonie specjalną taśmą, która wypełnia wolne przestrzenie w rękawicy, dodatkowo amortyzuje przy uderzeniach i oczywiście chroni przed złamaniami kości ręki. Podczas poważnych występów i gal takie zabezpieczenie jest, niestety, niewystarczające. Trzeba mieć pewność, że dłoń będzie chroniona w najlepszy możliwy sposób, a chwyt nie będzie utrudniony. Jak wiadomo, w MMA, jak nie ciosem to rzutem, jak nie rzutem to poddaniem. Oklejone specjalną taśmą, przypominającą plaster, dłonie sprawdza później osoba zwana cutman’em. Musi mieć pewność, że czynność została odpowiednio wykonana – bezpieczeństwo zawodników przede wszystkim. Jednakże trzeba dopilnować, aby oklejona dłoń nie stała się swego rodzaju kastetem i nie stanowiła zagrożenia dla przeciwnika. Sprawdzone dłonie są podpisane flamastrem na taśmach, tak aby widać było każde naruszenie oklejenia.

Wówczas można skupić się na ostatniej prostej, czyli rozgrzewce.

Rozgrzewka tuż przed walką jest sprawą bardzo indywidualną. Rzecz jasna, jak przed każdym wysiłkiem fizycznym, jest konieczna, aby należycie przygotować organizm do wysiłku. Jednakże przed walką istotne jest też nastawienie psychiczne, dlatego każdy z zawodników ma swoje sposoby na osiągnięcie odpowiedniego stanu umysłu. Moje upodobania w tym względzie są raczej klasyczne, dobrze czuję się, gdy trener stawia mi tarcze i wtedy spokojnie dogrzewam mięśnie i jednocześnie nastawiam się mentalnie, po czym wchodzę psychicznie na wysokie obroty. W moim przypadku chodzi głównie o to, aby cały czas wizualizować walkę. Rozgrywać ją we własnej głowie w taki sposób, aby przez cały czas widzieć siebie w roli drapieżnika, który bezustannie atakuje, jest ciągle o krok przed rywalem, realizuje przyjętą taktykę, a w przypadku jakiegokolwiek zagrożenia wychodzi z niego bez szwanku. Wszystko to ma na celu zminimalizować stres i sprawić, aby zamienił się w motywację. Jak wspomniałem, dla każdego jest to rzecz indywidualna. Zdarzali się fighterzy, którzy przez 30 minut robili tak dynamiczną i mocną rozgrzewkę, że niejeden uznałby to za ciężki trening. Następnie ubierali się w ciepłe dresy i leżeli gdzieś w kącie ze słuchawkami na uszach. Mogę tylko przypuszczać, że wyobrażali sobie nadchodzący pojedynek w takt ulubionej muzyki. Chyba z podobnego założenia wyszła wspomniana przeze mnie wcześniej Czeszka, która, zamiast bić w tarcze czy skakać na skakance, postanowiła urządzić sobie dyskotekę. Cóż powiedzieć, weszła na ring i zrobiła swoje – wygrała i to w pięknym stylu.

Inaczej niż wszyscy szykują się zawodnicy parterowi, którzy zwyczajnie ‘kulają się’ na macie.
Najlepszym tego przykładem była rozgrzewka podopiecznego Eddiego Bravo. Miałem przyjemność być jej świadkiem w szatni przed UFC w Sydney. Wywodzę się z klubu BJJ, więc na co dzień trenuję z najlepszymi parterowymi zawodnikami i widziałem wielu świetnych w swojej karierze, ale to co wyprawiał Eddie wraz ze swoim uczniem przechodziło wszelkie pojęcie. Takich ruchów i przejść nie widziałem nigdy wcześniej. Poezja ruchu w najczystszej postaci.

Rozgrzewka rozgrzewką, jednakże w pewnym momencie przychodzi moment, gdy do szatni wchodzi osoba, która oznajmia, że za kilka minut czas wychodzić przed publiczność, toczyć bój i zapracować na swoją reputację. Jest to ostatni gwizdek na założenie i zaklejenie rękawic, posmarowanie twarzy wazeliną, koniecznie z dodatkiem adrenaliny. Podczas walki stosujemy tylko taką, aby podczas jednego z czarnych scenariuszy, czyli rozcięcia, maksymalnie szybko zatamować krwotok i zamknąć ranę. Narożnik zabiera przybory, ręcznik – oby nie był potrzebny do ratowania sytuacji – napoje i wiaderko, aby było gdzie pluć, cóż… mało estetyczne, ale taka proza życia i urok sportu. Ostatni raz omawiamy taktykę, idziemy w wyznaczone miejsce, pojawiają się słowa otuchy w stylu: „rób swoje”, kopniak w tyłek na szczęście.

Swoją drogą, większość zawodników, których znam lub obok których miałem przyjemność walczyć, ma swoje drobne zabobony, spełnienie których ma przynieść szczęście. Jeszcze z czasów startów w Brazylijskim Jiu Jitsu pamiętam, że mój dobry kolega nigdy przed walką nie dotykał czerwonego pasa, okalającego matę. Inny nie wyszedł do ringu, jeśli wcześniej nie dostał w twarz od trenera soczystego ‘liścia na pobudzenie’. Jedni wkładają szczęśliwy ochraniacz, inni robią znak krzyża. Liczy się wszystko, co sprawi, że zawodnik poczuje się silniejszy i jeszcze bardziej gotowy. Po wszelkich tego typu ‘obrzędach’ słychać muzykę, konferansjer we właściwym sobie stylu wykrzykuje nazwisko i to jest właśnie chwila wyjścia na ring.

Jeśli chodzi o samo wyjście, można zauważyć pewną prawidłowość. Gdy miałem szczęście być zawodnikiem UFC, zauważyłem, ze ich gale kładą mocny nacisk przede wszystkim na promocję sportu. Pojawiają się tam największe nazwiska i najciekawsze walki, ale sama oprawa jest raczej skromna. Nie ma przerw na piosenki, tańce czy inne fajerwerki. Nawet podczas wyjścia do walki, zawodnik idzie wraz ze swoim narożnikiem. Nie stawia się na promocję konkretnej osoby, bo na gali liczy się tylko walka.

Z drugiej strony, europejskie gale, czego dobrym przykładem jest KSW, poza dbaniem o najwyższy poziom pojedynków, stawiają na jak największe show i spektakularną oprawę. Można powiedzieć, że starają się czerpać z najlepszych tradycji gal PRIDE FC, gdzie pojedynki stały zawsze na bardzo wysokim poziomie, ale i zawodników chciano przedstawić jak współczesnych bohaterów, samurajów czy gladiatorów. Dlatego, podczas KSW sekundanci podążają na ring osobną drogą, a zawodnik na krótką chwilę pozostaje sam, będąc jednocześnie w centrum uwagi, po czym następuje jedyny w swoim rodzaju moment, kiedy wychodząc zza kurtyny oślepia światło, a krzyki kibiców kłują w uszy.

Pozostaje tylko ta ostatnia prosta, która – poza odtrąbieniem zwycięstwa – jest chyba najprzyjemniejszą częścią każdej gali.

Na koniec trzeba chyba dodać jedno zdanie.

Niezależnie od tego, jak heroicznie można opisać każdy element przygotowań i samego wyjścia, niezależnie co widać w zachowaniu, zawodnikowi przez cały czas towarzyszy stres. Nie ma tutaj wyjątków. Jedni denerwują się bardziej inni mniej, dla jednych jest to mocniej lub słabiej motywujące. Myślę, że klasę zawodnika można poznać po tym, jak sobie z tym wszystkim radzi.

Jedno jest pewne, stres i zdenerwowanie znikają w momencie gongu, komendy sędziego i zetknięcia się rękawic. Wtedy każdy fighter jest w innym świecie, gdzie o wszystkim decydują umiejętności, przygotowanie i charakter.

 
Maciej „Irokez” Jewtuszko

Wystaw komentarz